jako admin który ma najbardziej niewyparzoną mordę (czytaj klawiaturę)

wytłumaczę wam to i owo, robię to głównie dla potomnych
każdy zna historię Polski w stopniu minimalnym (jeśli nie znacz a to czytasz - wypier&&%%$!)...
"opowieść" swą inspiruję rozmową z kolesiem który studiuje historię i pisze pracę maturalną z lat czterdziestych XX wieku.
rok 39, bomby lecą na Wieluń, równocześnie obrona Westerplatte. front nazistowski przechodzi przez całą Polskę, aż do granicy z paktu Ribentrof-Mołotow (czy jak się tych chujkuf pisze). spora część SSmanów osiedliła się na terenach naszego powiatu, podobno najwięcej w Działoszynie.
i dalej toczy się wojna, dochodzimy do roku nr 44. mała zmiana, teraz to Ruscy przeganiają niemcuff coby wypierdalali z dala z Polskich Ziem. jak wiadomo, naziści musieli się bronić. Roscy szli przez Polskę jak nóż przez masło, od prawej granicy aż do lewej i szkopy z reguły nie stawiali oporu... gdzieś jednak ten opór postawić musieli żeby stalin nie zrobił "kuku" hitlerowi w berlinie.
i jeden z takich frontów znajdował się (lub nadal znajduje) na rzece Warcie w Krzeczowie. jadąc z Działoszyna w kierunku Wielunia w połowie drogi mniej więcej, przed mostem w Krzeczowie po lewej stronie na wzgórzu znajduje się armata która symbolizuje tamto zajście (kilku radzieckich żołnierzy zginęło i postawiono im pomnik (czytaj: lufę)).
a cała walka przebiegała mniej więcej tak... duży odział wojsk radzieckich szedł na Niemcy przez Wieluń, Niemcy bronili się na moście w Krzeczowie. gdy armia radziecka nadchodziła wezwali "wsparcie" z działoszyńskich jednostek, niestety (albo na szczęście) - cała armia z Działoszyna już dawno zdezerterowała i dezerterzy siedzieli w Wieluniu. Niemcy postawili opór, ale nie mięli szans więc przegrali, zginęło kilku Rosjan i na ich cześć postawiono działo...
i to koniec tej smutnej historii, zamykam temat słodziaki, bawcie się dalej grzecznie
